|
04-11.05.2007
Samolot na Sokotrę wylatywał o 5 rano w piątek. Linie lotnicze "Yemenia" nakazują w regulaminie stawienie się do odprawy dwie godziny przed odlotem
samolotu krajowego, więc już o 3 byliśmy na lotnisku i... było to zupełne nieporozumienie. Szybko przeszliśmy kolejne etapy odprawy i przez ponad 1,5 godziny,
zaspani, musieliśmy bezczynnie czekać na odlot. Stąd porada dla osób, które chciałyby skorzystać z tego połączenia: wystarczy być 45 minut przed
startem samolotu.
Podczas lotu był komplet pasażerów, wśród nich wielu obcokrajowców, przede wszystkim Włochów, ale też Francuzi i Hiszpanie. No i nasza piątka, jako że
wybraliśmy się na tę wycieczkę razem z wszystkimi polskimi współlokatorami naszego mieszkania. Lot nie był bezpośredni, mieliśmy międzylądowanie
w Al-Mukalli, gdzie wysiadło sporo obcokrajowców, prawdopodobnie wybierających się do Wadi Hadramawt (Al-Mukalla jest stolicą prowincji Hadramawt).
Na ich miejsce wsiedli już tylko Arabowie-Sokotryjczycy, zwożący na swoją odciętą od świata wyspę różne dziwne rzeczy, o czym przekonaliśmy się podczas
oczekiwania na nasz bagaż na lotnisku docelowym.
O 7.45 wylądowaliśmy na Sokotrze. Lądowanie było dość zaskakujące, ponieważ pas do lądowania zaczynał się 10 metrów od morza i ciągnął wgłąb lądu.
Nie widzieliśmy tego z naszego okna w samolocie i podczas obniżania lotu obawialiśmy się, że wylądujemy w Oceanie Indyjskim... Po wyjściu z samolotu
doznaliśmy szoku temperaturowego, koszulki kleiły nam się do ciał, a podczas oczekiwania na bagaż w zatłoczonej i ciasnej hali pot lał się z nas litrami.
Wspólnie doszliśmy do wniosku, że takich temperatur nie było nawet na Tihamie, a tutaj w dodatku była dopiero 8 rano... Samo lotnisko mimo, że jest
dość nowe, jest bardzo kiepsko przystosowane do sprawnej obsługi podróżnych. Ponad godzinę musieliśmy czekać na nasze bagaże, obserwując, co też
Sokotryjczycy sprowadzają ze stałego lądu. A było co oglądać: wielkie, plastikowe miski, nieco już przerdzewiałe drzwi do samochodu, inne części samochodowe...
Od razu, kiedy oczekiwaliśmy na bagaż, "zapoznał się" z nami przyszły kierowca i pseudo-przewodnik, główne źródło naszych stresów podczas najbliższego
tygodnia. Za 1000 rijali zabrał nas samochodem terenowym (tylko takie jeżdżą na Sokotrze - przez cały okres naszego pobytu nie widzieliśmy ani
jednego samochodu osobowego) do położonej 12 kilometrów od lotniska stolicy i największego miasta - Hadibu. Tak naprawdę jest to nieduże
miasteczko, liczące około 10 tysięcy mieszkańców (na całej wyspie mieszka zaledwie 20 tysięcy ludzi)...
Szybko sprawdziliśmy ceny w kilku miejscowych hotelach. Spodziewaliśmy się dość niskich cen, ale niestety - najlepszym wyborem był położony w samym
centrum hotel Hafidż, do którego wracaliśmy czterokrotnie podczas naszego pobytu i zawsze płaciliśmy pierwotnie wynegocjowaną cenę - 4000 rijali za
5 osób w dwóch pokojach. Na pocieszenie pozostał nam fakt, że warunki w tym hotelu - jak na Jemen - były dobre: przestronne pokoje z łazienkami,
klimatyzacją, lodówkami i wygodnymi łóżkami. No i dość sympatyczna obsługa.
Klimatyzacja jest na wyspie niezbędna, bez niej, lub przynajmniej bez wielkiego wiatraczka pod sufitem, nie da się wytrzymać. Pierwszy spacer po
miasteczku to dla nas niemiła niespodzianka: ceny były znacznie wyższe niż na stałym lądzie, a sprzedawcy na nasze oburzone uwagi spokojnie
argumentowali, że przecież są na wyspie, wszystko trzeba sprowadzać drogą morską lub lotniczą, co znacznie zwiększa koszty... Niestety, jak się
później zorientowaliśmy, Sokotra jest jedną wielką pułapką na turystów, którzy będąc pozbawionymi wyboru muszą płacić znacznie więcej za wszystko:
artykuły żywnościowe, usługi, transport...
Pierwszy spacer po Hadibu był dość przyjemny. Miejscowi są oswojeni z turystami i reagują na nich umiarkowanie, nie próbują na siłę czegoś sprzedać,
nie nawołują i nie są nachalni. Jest jednak poważny problem z zaopatrzeniem - praktycznie nie mają w sprzedaży owoców i warzyw, a ceny tych, które
są przyprawiają o zwrót głowy. Jedyna w miarę tania rzecz, którą można kupić na Sokotrze, to ryby. Bardzo charakterystyczny i niesamowicie zabawny
jest widok witających się ze sobą Sokotryjczyków. Jak nigdzie w Jemenie, witają się oni przez... muśnięcie noskami, po czym następuje trudna do
opisania kombinacja uścisków dłoni i uderzeń ramieniem.
Hadibu leży u podnóża pięknych gór i z oddali prezentuje się ciekawie, jednak samo w sobie jest miasteczkiem brzydkim, w zasadzie nie ma tutaj
niczego wartego zwiedzenia. Dla większości turystów służy za bazę wypadową po wyspie, ponieważ tylko w nim zlokalizowane są hotele (nigdzie
więcej na Sokotrze ich nie ma!), jest pewien (niewielki) wybór "restauracji", a poza tym stąd najłatwiej dostać się w inne ciekawe miejsca. Łatwo też
tutaj o przewodnika i wynajęcie samochodu.
Następnego dnia postanowiliśmy wyruszyć na zwiedzanie wyspy autostopem. Myśleliśmy, że może będzie to dość trudne, ale wyjeżdżające z Hadibu
samochody chętnie się zatrzymywały i wkrótce, stojąc na pace kolejnych samochodów terenowych, mknęliśmy na wschód wyspy. Naszym celem był kraniec Sokotry, półwysep Irsil.
Mniej więcej w połowie trasy możliwości złapania "okazji" wyczerpały się. Usiedliśmy na skraju asfaltowej szosy i czekaliśmy na jakikolwiek pojazd, ale
przez kolejne ponad dwie godziny nic nie przejechało. W pobliżu nie było żadnego schronienia, nawet niewielkich drzew, które dałyby trochę cienia,
więc usiedliśmy na pobliskiej plaży, rozłożyliśmy zakupione w Sanie namioty - moskitiery i z radością łapiąc nawet niewielki powiew wiatru cierpliwie
czekaliśmy. Po paru godzinach udało się - zabrał nas przejeżdżający samochód terenowy. Naprawdę mieliśmy szczęście, ponieważ kierował nim
inżynier nadzorujący budowę drogi asfaltowej po której jechaliśmy, lokalnych mieszkańców mogliśmy się nie doczekać. Zawiózł on nas do miejsca,
gdzie aktualnie trwały prace budowlane i gdzie jednocześnie kończył się asfalt. Nie mieliśmy złudzeń, że na dalszym odcinku uda nam się złapać
stopa...
W pobliżu była jednak mała wioska rybacka. Długo się nie zastanawialiśmy i poszliśmy do grupy rybaków pytając o możliwość wynajęcia łodzi. Byli
to przesympatyczni ludzie, niewątpliwie pierwszy raz turyści prosili ich o tego typu transport, ale niestety posiadali arabską "żyłkę" do targowania.
Z pierwotnej ceny 10 tysięcy rijali udało nam się zejść do 5 tysięcy, chociaż dla nas było to nadal sporo. Wkrótce jednak zapomnieliśmy o cenie - podróż
łodzią była jednym z najpiękniejszych przeżyć podczas pobytu na wyspie. Przepłynęliśmy około 15 kilometrów wzdłuż pustego, klifowego wybrzeża,
pełnego na przemian skalistych i piaszczystych plaż. W paru tylko miejscach dostrzegliśmy kilka charakterystycznych dla Sokotry skromnych domostw,
zbudowanych wyłącznie z kamieni, często bez żadnej zaprawy i okien. Z dużej odległości są one praktycznie niewidoczne, zbudowane z lokalnego budulca
całkowicie wtapiają się kolorystycznie w skaliste otoczenie.
Pod wieczór dotarliśmy do celu. Rybacy wysadzili nas na pustej plaży informując, że za niedalekim wzgórzem znajduje się wioska, w której znajdziemy
sklep z wodą pitną. Inna niewielka osada, składająca się z najwyżej 10 domostw była nieco bliżej, ale niestety nie było w niej sklepu, mieszkańcy pobierali
wodę jedynie z pobliskiej studni, do której my nie mogliśmy się przekonać kiedy zobaczyliśmy pływające w niej puste wiadra po farbie i inne śmieci.
Oczywiście nie pozostaliśmy niezauważeni - wkrótce przyszła do nas delegacja 5 mężczyzn, aby sprawdzić kim jesteśmy i czy nie mamy złych zamiarów.
Zaprosili nas oni na posiłek, ale ponieważ padaliśmy ze zmęczenia musieliśmy odmówić. Pożegnaliśmy się z miłymi panami i spokojnie spędziliśmy noc
w namiotach...
Wstaliśmy o 5 rano. Mniej więcej do 6 przyjemnie kąpaliśmy się w letniej wodzie oceanu, później upał uświadomił nam, że czas jak najszybciej wyruszać.
Najdalej na wschód wysunięta osada na Sokotrze nosi tę samą nazwę jak półwysep - Irsil. Faktycznie był w niej sklep, a nawet szkoła bez szyb w oknach,
chociaż domostw było najwyżej kilkanaście. Wzbudziliśmy ogromną sensację. Na szczęście dzieci było niewiele i były bardzo onieśmielone naszym przybyciem, dzięki temu spokojnie szliśmy przez wioskę.
Reszta mieszkańców także oniemiała, na większą odwagę zdobyły się tylko starsze kobiety, które zaciekawione prowadziły z nami krótką dyskusję.
Wkrótce jednak skierowano nas do sporego pomieszczenia, w którym byli już sami mężczyźni - 5 osób. Rozmowa przebiegała w standardowy
sposób, zadawano nam pytania o to skąd jesteśmy, dokąd jedziemy, co robimy w Jemenie, skąd znamy arabski itp. Poczęstowano nas herbatą i
po jakimś czasie zaprowadzono do malutkiego pomieszczenia, które było sklepem. Byliśmy w wielkim szoku, kiedy zobaczyliśmy w nim działającą
lodówkę! Wobec panujących na Sokotrze temperatur zimna woda jest nieocenionym dobrem...
Od naszych gospodarzy dowiedzieliśmy się, że niestety z owej wioski nie ma drogi na południowe wybrzeże wyspy do kolejnej
miejscowości. Na piechotę byłoby to ponad 20 kilometrów, ale po górzystym, pustynnym terenie bez osad ludzkich. Ponieważ nie było po drodze wody -
odcinek dla nas praktycznie nie do pokonania. Mogli nas co prawda zabrać łodzią, ale cena była zbyt wygórowana... Ze zdziwieniem
przyjęliśmy informację, że wzdłuż morza - w kierunku, z którego przybyliśmy - przebiega droga, ponieważ nie widzieliśmy jej podczas rejsu łodzią. Pozostał więc powrót tą samą trasą co poprzedniego dnia. Wybrzeże było bardzo wąskie, górował nad
nim stromy klif, ale jak się okazało dobry samochód terenowy mógł nią przejechać.
Zaczęliśmy negocjacje i pierwszy raz podczas pobytu na Sokotrze mieliśmy okazję przekonać się, jak na tej wyspie maksymalnie wykorzystuje się
turystów. Po trudnych dyskusjach stanęło na 4 tysiącach rijali (60 złotych) - 800 rijalach na osobę - za 15 kilometrowy odcinek do najbliższej miejscowości w której moglibyśmy kupić wodę
i kontynuować podróż. Ponieważ na stałym lądzie za podobnej długości trasę zapłacilibyśmy nie więcej niż 200 rijali na osobę, byliśmy mocno rozczarowani.
Tłumaczenie stosowane przez naszych gospodarzy, że samochód dużo pali i droga jest trudna, nie było dla nas przekonujące. Po prostu wiedzieli, że
jesteśmy w wiosce odciętej od świata i nie mamy innego wyjścia... Żeby nie było wątpliwości: żadna komunikacja publiczna do tej osady nie dociera.
Ponownie usiedliśmy na pace i ruszyliśmy w drogę powrotną. Droga wzdłuż wybrzeża faktycznie była, ale nic dziwnego, że nie widzieliśmy jej z morza -
trudno było ją dostrzec jadąc samochodem, kierowca po prostu jechał po kamieniach, a my co chwilę z wrzaskiem a niekiedy i przekleństwami
podskakiwaliśmy do góry i spadaliśmy na metalową podłogę. Niewątpliwie tylko sprawny samochód terenowy mógł pokonać tę trasę, często jechaliśmy
po trakcie usypanym z kamieni, innym razem wybrzeże było tak wąskie, że pędziliśmy po piachu niemal na samej plaży.
Humor jednak zdecydowanie poprawiały nam widoki...
Mniej więcej w połowie trasy dotarliśmy do niezwykłego miejsca, którego nigdy nie spodziewalibyśmy się na tym skrajnie suchym wybrzeżu.
Jego nazwa brzmi Ar-Ar i jest to chyba jedna z największych osobliwości Sokotry. Na wąskim wybrzeżu, u podnóża wysokiego klifu, pomiędzy dwoma
gigantycznymi, wysokimi na przynajmniej 100 metrów łachami mlecznobiałego piachu, tryska źródełko słodkiej wody. Czysty strumyk po przepłynięciu
zaledwie około 200 metrów uchodzi do oceanu, wystarcza to jednak na to, aby na jego brzegach pojawiła się roślinność i świeża, ciesząca oko
trawa. Oczywiście w Polsce mamy takich strumyków mnóstwo, ale tutaj, na pustynnej Sokotrze, w blisko 40 stopniowym upale i wśród ton bielutkiego
piachu był to widok niezwykły. Rzeczka ta jest jedynym całorocznym ciekiem wodnym na wyspie i dla Sokotryjczyków musi chyba być uosobieniem raju...
Co ciekawe, nie powstała tutaj żadna osada, najbliższe zgrupowanie kilku domostw znajdowało się kilka kilometrów dalej. Wysnuliśmy teorię, że
okoliczne rody musiały zawrzeć niepisany pakt, zabraniający im osiedlania się w tym miejscu, aby wszyscy na równych prawach mogli tu przychodzić
po wodę i korzystać z uroków tego miejsca...
Kiedy przejeżdżaliśmy koło znajomej wioski rybackiej (tej samej, w której wcześniej wynajęliśmy łódź), dostrzegliśmy w pobliżu brzegu kilka czarnych
trójkątów zanurzających się i wypływających na powierzchnię wody. Zgodnie krzyknęliśmy z przejęcia: "delfiny!", poprosiliśmy kierowcę o zatrzymanie
się i pędem pobiegliśmy w kierunku brzegu. Było to całe stadko tych sympatycznych ssaków, które korzystając z okazji pożywiały się rybami
kłębiącymi się wokół sieci wyciąganych przez rybaków. Mimo, że widzieliśmy je z daleka, było to dla nas duże przeżycie...
Kierowca, zgodnie z obietnicą, dowiózł nas do miejscowości położonej już przy asfaltowej drodze, gdzie mieliśmy szansę złapać samochód. Po mniej
więcej godzinie przejeżdżał minibus jadący do Hadibu - tutaj komunikacja publiczna już docierała. Kierowca zażyczył sobie... 1500 rijali za przewiezienie
naszej piątki do miejscowości oddalonej o 12-15 kilometrów, czyli 300 na osobę. Zdenerwowani na tak bezczelny akt łupienia turystów zignorowaliśmy
go. Podeszliśmy do pewnego starszego pana i zapytaliśmy, ile on zwykle płaci za minibusa. Odpowiedział, że 150 rijali za dojazd do odległego o ponad
60 kilometrów Hadibu...
Postanowiliśmy iść pieszo. Nie wiemy, jak daleko dotarlibyśmy drepcząc po asfalcie w ogromnym upale, ale wkrótce jechał inny minibus. Tym razem
targowaliśmy się ostro i zapłaciliśmy po 120 rijali za dojazd do skrzyżowania, gdzie mogliśmy złapać samochód na południe wyspy, do miejscowości
Mahfirihin. Kiedy tam dotarliśmy, było niewiele po godzinie 12, szczyt upału. Przywarliśmy do ściany niewielkiego budynku, aby złapać chociaż odrobinę cienia. Na marginesie
warto wspomnieć o pewnym ciekawym i niestety bardzo męczącym zjawisku: o tej porze roku, około południa, słońce w Jemenie znajduje się niemal
dokładnie nad nami, jego promienie padają na powierzchnię Ziemi pod kątem 45 stopni, przez co w zasadzie... nie ma cienia.
I tutaj nasza wiara w możliwości podróżowania autostopem po Sokotrze załamała się... Przez kilka następnych godzin w kierunku Mahfirihin nie
przejechał ani jeden samochód. W międzyczasie próbowaliśmy wynająć samochód w zamieszkanej przez kilkaset osób wiosce, ale były tylko dwa:
jeden nie miał paliwa, a drugiego akurat nie było na miejscu. Kiedy w końcu dojrzeliśmy jadącego pick-up'a nie wierzyliśmy własnym oczom. Jednak
kierowca doskonale wiedział w jakiej znajdujemy się sytuacji i za przejazd mniej więcej 30 kilometrowego odcinka zażyczył sobie 10 tysięcy rijali
(po targowaniu się!). To przelało szalę goryczy i wiedzieliśmy, że jedyne wyjście to powrót do hotelu w Hadibu. Mieliśmy z sobą namioty, chcieliśmy w ten sposób
oszczędzić na hotelach, no ale cóż...
Z naszego powrotu ucieszył się samozwańczy przewodnik, który pierwszego dnia przywiózł nas z lotniska do hotelu. Zawsze kiedy w nim nocowaliśmy,
rankiem mogliśmy liczyć na jego bardzo męczącą obecność i stałe oferty pomocy i wspólnych wycieczek. Załamani doświadczeniami z autostopem,
postanowiliśmy zaryzykować i wybrać się z nim na wyprawę. Rano rozpoczęły się targi. Życzył sobie 10 tysięcy za każdy dzień z nami, ustaliliśmy,
że zabierze nas na południowe wybrzeże, a drugiego dnia do miejscowości Qalansija na północnym-zachodzie wyspy. Za dwa dni wytargowaliśmy
16 tysięcy i byliśmy z tego zadowoleni, w końcu miał nas wozić przez cały dzień po różnych zakątkach Sokotry.
Po zakupieniu nieodzownych wielu litrów wody, szybko wyruszyliśmy w trasę. Pierwszy raz mieliśmy okazję zobaczyć wnętrze wyspy, które jest...
wyjątkowo nieciekawe. Niemal cały czas dominuje pustynia kamienista, krajobraz jest monotonny, ubarwiają go tylko niewysokie góry. Jednak warto
się tam wybrać, aby zobaczyć słynne drzewko smocze, endemiczny gatunek - symbol Sokotry, które zdobi nawet awers jemeńskiej monety wartości
20 rijali. Z bliska wygląda ono naprawdę interesująco.
Dość szybko jechaliśmy nowiutką szosą, na odcinku około 60 kilometrów minęły nas najwyżej dwa samochody. Przejeżdżaliśmy koło dwóch malutkich
osad, składających się z dwóch - trzech domostw zbudowanych z kamieni. Głównym zajęciem ich mieszkańców była niewątpliwie hodowla kóz,
ponieważ spotkaliśmy ich po drodze sporo, a warunków do rozwoju rolnictwa w tym rejonie nie było. Przy okazji mieliśmy kilka refleksji, zaciekawiła nas
np. sieć dróg na wyspie. Wszystkie drogi asfaltowe są na niej nowiutkie, bardzo dobrej jakości, bez nawet małych pęknięć czy dziur. Łączą one przede
wszystkim Hadibu z innymi większymi ośrodkami. W zasadzie na Sokotrze są trzy najważniejsze szosy. Pierwsza z nich prowadzi ze stolicy w kierunku
zachodnim wzdłuż wybrzeża do lotniska i dalej do Qalansiji. Druga biegnie w przeciwnym kierunku i to nią dotarliśmy do półwyspu Irsil. Jest ona cały
czas w budowie, prawdopodobnie za jakiś czas będzie można komfortowo dojechać na wschodni kraniec wyspy. Ostatnia z ważnych dróg asfaltowych
prowadzi na południowe wybrzeże Sokotry, chociaż jest tam zaledwie kilka niewielkich osad.
Najciekawsze jest jednak to, że wszystkie one są nowe. Wniosek jest oczywisty: jeszcze kilka lat temu na Sokotrze nie było dróg asfaltowych! Trudno
nam sobie wyobrazić, jak ci ludzie wcześniej się przemieszczali... Turystów w każdym razie jeszcze to nie martwiło: do końca ubiegłego wieku Sokotra
była wyspą zamkniętą dla obcokrajowców. Lotnisko cywilne otwarto dopiero kilka lat temu, wcześniej lądowały tu wyłącznie samoloty wojskowe, cywile
zaś dostawali się na wyspę wyłącznie drogą morską. Na razie boomu turystycznego tutaj nie ma, jedynych cudzoziemców spotkaliśmy w Hadibu, kiedy
wyjeżdżaliśmy poza to miasto, wszędzie otaczały nas pustkowia. Turystów jeszcze jest niewielu, a Jemeńczycy już zabrali się za hamowanie rozwoju
turystyki. Planują mianowicie zobligować każdego obcokrajowca lądującego na wyspie do skorzystania z usług lokalnych biur podróży i profesjonalnych
przewodników. Samodzielne zwiedzanie ma być w zasadzie wyeliminowane. Rozmawialiśmy o tym z jednym z lokalnych przewodników i argumentował on
te plany chęcią zapewnienia bezpieczeństwa przybyszom - niedawno pewien obcokrajowiec wybrał się samotnie w góry, złamał nogę i niechybnie by zginął
gdyby nie przypadkowo przechodzący tubylec. Ale te argumenty nas zupełnie nie przekonują: po prostu chcą z turystów zedrzeć ile się da: dniówka
usług przewodnika kosztować ma 4 tysiące rijali, zaś wynajęcie samochodu 10 tysięcy. A co do bezpieczeństwa... W Tatrach też można stracić życie,
a nikt nie zmusza nas do wynajmowania drogiego przewodnika.
Wracając do naszej podróży - po dwóch godzinach dotarliśmy na południowe wybrzeże Sokotry. Jest ono dość charakterystyczne: zupełnie płaską,
szeroką nizinę ograniczają z jednej strony wysokie klify górzystego wnętrza wyspy, z drugiej zaś piękne, szerokie, piaszczyste plaże. Nizina jest
półpustynna, gdzieniegdzie widać gaje palmowe i właśnie tam zlokalizowane są niewielkie osady. Pod jednym z klifów jest dość ciekawa jaskinia
Di Gabo. Z góry zwisają potężne stalaktyty, kapie woda, a wokół...
pasą się kozy, dla których ktoś nawet wybudował z kamienia i liści palm zagrody.
Następnie nasz "przewodnik" zabrał nas na plażę w pobliżu osady 'Araq, gdzie oszołomieni patrzyliśmy na olbrzymią połać mlecznobiałego
piasku i lazurową wodę. Oczywiście nie wskoczyliśmy do wody, chociaż nasz sokotryjski towarzysz wyraźnie na to liczył - nie mieliśmy zamiaru
dać mu okazji do oglądania dziewczyn w strojach kąpielowych, wystarczająco irytowało nas już to, że "połykał" je wzrokiem w ubraniach. Trochę
posiedzieliśmy i daliśmy mu znać, że chcemy dalej zwiedzać wybrzeże, na co on rozsiadł się wygodnie i oświadczył, że na dzisiaj to już wszystko.
Byliśmy wściekli. Od rozpoczęcia wycieczki minęły dopiero trzy godziny, według nas zapłaciliśmy 10 tysięcy za cały dzień podróżowania tam, gdzie
sobie zażyczymy, natomiast nasz kierowca uznał, że miał nas tylko zawieść na najbliższą plażę na południowym wybrzeżu. Zaczęła się zacięta, długa
dyskusja, chcieliśmy, aby zawiózł nas jeszcze wzdłuż całego wybrzeża, jednak zdecydowanie odmawiał. W końcu zgodził się na odwiedzenie odległego
o jakieś 10 kilometrów Mahfirihin, do którego swego czasu nie dostaliśmy się stopem.
Asfaltowej drogi już nie było. Jechaliśmy nie więcej niż 10 km/h po wyboistym trakcie przejeżdżając przez gaje palmowe. Po drodze były dwie małe wioski,
w których przeżyliśmy szok. Nasz kierowca zatrzymał się na chwilę u znajomych i w tym czasie nasz samochód otoczyła gromada wrzaskliwych
dzieci, które chciały zabrać nam co tylko się dało. Żądały pieniędzy, długopisów, okularów przeciwsłonecznych, jedzenia... Były bardzo agresywne.
Z trudem wytrzymaliśmy to nowe dla nas doświadczenie. Na koniec jeszcze, ponieważ wobec ich agresywności byliśmy czasem niemili, rzuciły na nas
jakieś zaklęcia...
Mahfirihin wyglądało dość ciekawie, ale po doświadczeniach z dziećmi nie prosiliśmy o zatrzymanie się tam. Pojechaliśmy w kierunku plaży, wysiedliśmy
z samochodu i usiedliśmy na ogromnej piaszczystej wydmie, z której podziwialiśmy okolicę. Po chwili przeszły koło nas kozy, ale nie byliśmy nimi zdziwieni -
na Sokotrze są po prostu wszędzie. W Hadibu - czego byliśmy świadkami - wyjadają nawet jedzenie z talerzy gości lokalnych barów i restauracji. Także kiedy
my tam się posilaliśmy krążyły dookoła czekając na okazję...
Wróciliśmy do 'Araq, gdzie zamierzaliśmy przenocować na plaży. Niestety okazało się, że nasz irytujący kierowca ma zamiar zrobić to samo. Wzięliśmy
nasze plecaki i poszliśmy pół kilometra dalej, umawiając się z nim na godzinę 11 dnia następnego. Bezczelnie powiedział jeszcze "do zobaczenia wieczorem",
ale nasz wzrok chyba przekonał go, że lepiej będzie nie przychodzić. W końcu mogliśmy się spokojnie wykąpać, bez natrętnych spojrzeń Jemeńczyków.
A plaża w 'Araq w niczym nie ustępuje temu, co możemy zobaczyć na folderach reklamowych agencji turystycznych oferujących wyjazdy na Seszele,
Mauritius czy też na Dominikanę...
Trochę obawialiśmy się niespodziewanych odwiedzin wieczorem lub w nocy, ale nikt nie zakłócił naszego spokoju. Rano wstaliśmy około 5, ciesząc się
krótkim chłodem poranka i wspaniałymi krajobrazami. Wkrótce jednak zaczęliśmy żałować, że z naszym kierowcą umówiliśmy się dopiero o 11,
ponieważ upał stawał się nie do wytrzymania i wolelibyśmy być już w drodze pędząc w samochodzie z otwartymi szybami. W dodatku dostaliśmy
poparzeń słonecznych - byliśmy rozebrani zaledwie do godziny 10, ale to niestety wystarczyło. W międzyczasie nie posmarowaliśmy się kremem z
filtrem, ponieważ co chwilę szliśmy do wody i uznaliśmy, że to bez sensu... Tak na marginesie: nie było to nasze pierwsze poważne poparzenie na
Sokotrze. Doznaliśmy go także tego dnia, kiedy podróżowaliśmy stopem i to pomimo stosowania kremu z filtrem. Piekła nas i była mocno zaczerwieniona
każda część ciała wystawiona na słońce: dłonie, twarz, stopy. Jeśli kiedykolwiek będziecie jechać na Sokotrę, nie zapomnijcie o kremie z mocnym
filtrem, nawet jeśli się Wam wydaje, że jesteście odporni na poparzenia słoneczne...
Ruszyliśmy w kierunku Qalansiji tą samą asfaltową drogą co poprzedniego dnia. Przejechaliśmy przez wyspę, dojechaliśmy do północnego wybrzeża
i tam skręciliśmy w kierunku zachodnim. Do samej Qalansiji (oprócz Hadibu jest to jedyne miasto na Sokotrze) dojeżdża się suchą, lecz malowniczą
doliną otoczoną przez wysokie góry. Nie spodziewaliśmy się po niej wiele, tymczasem okazała się ona najciekawszą miejscowością na wyspie. Spacerowaliśmy
wąskimi uliczkami wśród parterowych, kamiennych domostw. Co chwilę podbiegały do nas dzieci, ale były zupełnie inne od tych na południu wyspy,
przyjazne i radosne. Także mieszkańcy miasta odnosili się do nas ze spokojem, nie byli nachalni. Po przejściu labiryntu uliczek dotarliśmy do malowniczego
wybrzeża: kamienne domostwa zostały tutaj wybudowane na samej plaży i fale oceanu podmywały schody prowadzące do paru budynków. Mieszkańcy
miasteczka zajmowali się przede wszystkim rybołóstwem, co mogliśmy wywnioskować obserwując dziesiątki kołyszących się na wodzie drewnianych
łodzi rybackich. Zarówno na jednym, jak i na drugim końcu plaży widzieliśmy wspaniałe góry, których zbocza schodziły do oceanu.
Wybraliśmy się w kierunku widocznych po prawej stronie wzgórz. Plaża w Qalansiji jest kamienista - piaszczyste plaże są tylko w północno-wschodniej (szczególnie okolice Ar-Ar) i południowej części wyspy -
ale to także czyniło ją bardzo malowniczą. Na samym końcu czekała nas niespodzianka. Aby się o tym przekonać trzeba dojść do końca plaży, gdzie znajduje się góra-cypel, skąd roztaczają się niesamowite widoki, niewątpliwie jedne z najpiękniejszych na całej wyspie.
To jeszcze nie był koniec atrakcji, jakie oferuje ta niewielka miejscowość. W drodze powrotnej dostrzegliśmy... czołgi, rozmieszczone regularnie
wzdłuż wybrzeża z lufami skierowanymi w kierunku oceanu. Widok ten nie jest na wyspie niczym niezwykłym, podobne stanowiska są także na
wschód od Hadibu oraz w innych częściach Sokotry. Oczywiście nie były to czołgi używane współcześnie, a jedynie bardzo ciekawy relikt z okresu
zimnej wojny. W jej czasie Jemen nie był zjednoczonym państwem, dzielił się na Jemen Północny oraz Jemen Południowy, przy czym ten drugi
był związany z blokiem komunistycznym. Sokotra należała do Jemenu Południowego i znajdując się w pobliżu Cieśniny Bab al-Mandab
posiadała znaczenie strategiczne, dlatego Związek Radziecki ulokował tutaj swoją bazę wojskową, której pozostałością są między innymi rozsiane
na wybrzeżu wyspy czołgi. Są one w bardzo dobrym stanie, do wielu da się wejść, we wnętrzu są nawet pozostałości osprzętowania, zniszczone
stacje nadawcze itp. Nikomu się nie opłaca zabierać tego z Sokotry, a ponieważ na wyspie nie ma także przemysłu, który mógłby zrobić z nich użytek,
stoją sobie one zaskakując chyba każdego turystę... W przyszłości zapewne będą atrakcją turystyczną, na razie jednak Jemeńczycy nie wpadli na
pomysł, że można je w ten sposób wykorzystać.
Na ostatnie dwa dni na Sokotrze nie mieliśmy już pomysłu. W zasadzie obejrzeliśmy wszystko, co ona oferuje i byliśmy już zmęczeni niewiarygodnym
upałem oraz drożyzną. Jej przykład: na wyspie jest jedna kawiarenka internetowa, w Hadibu. Internet kosztuje 20 rijali za minutę, czyli po przeliczeniu
około 18 złotych za godzinę... Ale jednocześnie nie chcieliśmy spędzić tych dni w nieciekawej stolicy, dlatego podjęliśmy decyzję: następnego dnia
jedziemy do źródła Ar-Ar, gdzie na jedną noc rozbijemy namioty.
Byliśmy jednak pewni co do jednego: nie chcemy mieć już nic do czynienia z naszym samozwańczym przewodnikiem. Tymczasem oczywiście z samego
rana zjawił się on w naszym hotelu i zaoferował swoje usługi. Wywinęliśmy się jednak twierdząc, że chcemy jechać innym samochodem i znaleźliśmy
innego kierowcę. Kiedy jednak doszło do konkretów, nowy kierowca stwierdził, że cenę musimy uzgodnić z naszym "przewodnikiem"! Mieliśmy tego
dość, zaczęliśmy podejrzewać, że w Hadibu panuje swoista "zmowa" i turyści są zmuszani do korzystania z usług jednej tylko osoby. Kilka kolejnych
rozmów niestety zdawało się potwierdzać tę teorię... Sytuacja wydawała się bez wyjścia: za zawiezienie do Ar-Ar i odbiór dnia następnego nasz
przewodnik życzył dla siebie i nowego kierowcy 14 tysięcy. Łaskawie zaproponował nam, że jeśli pojedziemy tylko z nim i jego samochodem, weźmie
jedynie 12 tysięcy...
Tego było za wiele: wyszliśmy do centrum miasteczka i pytaliśmy każdego kierowcę, czy zechce nas zabrać do Ar-Ar i za ile. Po mniej więcej godzinie
targów z różnymi osobami znalazł się mężczyzna gotowy zabrać nas i odebrać dnia następnego za 8 tysięcy rijali. Podjechał pod hotel i zaczęliśmy
pakować bagaże. Nasz "przewodnik" był wyraźnie zdenerwowany, przeprowadził krótką, ale ostrą dyskusję z kierowcą, który jednak zupełnie nim się
nie przejął. Z ogromną satysfakcją obserwowaliśmy wściekłą minę tego natrętnego faceta, czując się tak, jakbyśmy rozbili gang spiskowców
chcących maksymalnie wykorzystać przybywających na Sokotrę turystów...
Z radością jechaliśmy znajomą drogą w kierunku Ar-Ar. Kierowca zgodnie z obietnicą zawiózł nas i odebrał następnego dnia. Nocleg przy szemrzącym
strumyku to prawdziwa rzadkość w Jemenie... Następnego dnia rano spotkało nas ostatnie już interesujące wydarzenie: z wioski Irsil jechali do Hadibu
rybacy wiozący na pace samochodu terenowego mniej więcej 2,5-metrowej długości rekina. Ponoć uzyskają za niego na miejscu 60 tysięcy rijali! Z bliska
to prawdziwy olbrzym, choć jeszcze nie największy z rekinów, jakie można spotkać w tutejszych wodach.
Czekała nas już tylko ostatnia upalna noc w hotelu (w hałasie pracującego pod sufitem wiatraczka) i rankiem wylot do Sany. Szczerze mówiąc, mieliśmy
już dość Sokotry, tydzień czasu to nieco za dużo na tę wyspę. Wynajmując samochód można zobaczyć wszystkie ciekawe miejsca w 4-5 dni. Ale wspomnienia
krajobrazów a szczególnie plaż, pozostaną nam długo w pamięci. Tym bardziej, że jeszcze rzadziej zdarza się oglądać takie widoki na pustkowiu bez
towarzystwa innych turystów...
|

Centrum Hadibu

W Hadibu

Na plaży w Hadibu

Na obrzeżach Hadibu zdarzały się malownicze widoki

Autostopem po wyspie...

Im dalej od Hadibu, tym trudniej złapać "okazję"

Północno-wschodnie wybrzeże Sokotry

Jeden z endemicznych gatunków wyspy: drzewo butelkowe

Dzieci rybaków, od których wynajęliśmy łódź

Negocjowanie ceny łodzi...

Rejs na Półwysep Irsil

Nasze obozowisko na Półwyspie Irsil o świcie

W drodze do wioski Irsil

Sokotryjski raj: źródło Ar-Ar

Ar-Ar

Droga na Półwysep Irsil

Delfiny...

Typowe dla Sokotry domostwa

Nie udało nam się dostać stopem do Mahfirihin...

Jedna z dolin na trasie z Hadibu na wschód wyspy

Monotonny krajobraz wnętrza wyspy...

Symbol Sokotry: drzewka smocze

Plaża na południowym wybrzeżu wyspy

Kozy są na Sokotrze wszędzie...

Nasze namioty w 'Araq

Oczywiście na wyspie jest też mnóstwo krabów...

Plaża w 'Araq w całej okazałości...

Domy w Qalansiji na samym brzegu oceanu

Łodzie rybackie w Qalansiji

Wybrzeże w Qalansiji

Mieszkaniec Sokotry

Góra-cypel w pobliżu Qalansiji

Wybrzeże w okolicach Qalansiji

Czołgi były dla nas dużym zaskoczeniem...

Gaj palmowy w Qalansiji

Qalansija

Ponownie w drodze do Ar-Ar: północno-wschodnie wybrzeże wyspy

Jedna z sokotryjskich wiosek

Nasze obozowisko w Ar-Ar

Kopczyki usypane przez kraby na plaży...

Ten rekin jest wart około 60 tysięcy rijali...
|